Cykl opowieści, codziennie nowe części.
Mój mail: dawidwyrozebski@gmail.com
Numer gadu: 20749650
Odpowiadam na pytanie: Tak czytamy od prologu w górę ;)
Najnowsze części zamieszczane są u góry strony ;)

Zachęcam do obserwowania mojego bloga poprzez usługę OBSERWUJ, to pozwoli na otrzymywanie wiadomości o zmianach na blogu i podpisywanie się stałym nickiem pod postami :) Pozdrawiam!

poniedziałek, 29 marca 2010

Rozdział IV Oczy.

Zdzisiek chwilę przed tym zdarzeniem sprawdzał magazynki. Jego oczy zwrócone ku ziemi nie miały szans na wychwycenie zagrożenia. Nie myśląc długo wbiegłem w niego uderzając jego bark własnym. W tym momencie rozległ się strzał. Chwila ta trwała wieczność, jak na spowolnionym filmie zobaczyłem rozbryzg czerwonego płynu, który zabarwił mech wokoło.
Krew na twarzy, nie moja. Upadliśmy we dwóch za lekkim wzgórkiem terenu osłoniętym ogromnym pniem. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy to była fontanna krwi, która wybuchła z twarzy dowódcy, kolejnym istotnym elementem było „klufffrrra!” wypływające z ust Zdziśka. Snajper przestrzelił mu policzki na wylot.
W momencie, w którym padł strzał wszystkie grupy oprócz naszej ruszyły do ataku. Dowódcy bez słów zgodzili się, że lepiej uderzyć teraz. Ze słuchawki dochodziły dźwięki strzałów.
-Jaaa gfoo siajeeeebie…
Zdzichu, co chwila łykał własną krew, leżeliśmy obok siebie na plecach ledwo zasłonięci. Światło lasera w leśnym gąszczu wśród lekkiej mgiełki było dobrze widoczne, kluczyło centymetry nad nami.
Trzech kompanów z drużyny ukrytych za drzewami nie wychylało nosa.
-Panowie jakiś pomysł!? Ktoś tutaj krwawi!
Nikt nie odpowiedział. Wychylenie się z bezpiecznej kryjówki było bardzo ryzykowne, snajper zapewne chciał naprawić swój błąd. O ile w ogóle wie, że go popełnił.
Poczułem ogromną złość, w uchu ciągle było słychać strzały i rozkazy wydawane w ogromnym pośpiechu. Nikt nam nie mógł przyjść z pomocą, trzeba zacząć liczyć na siebie.
Facet obok mnie krwawił obficie, wypluł przed chwilą odłamki swoich zębów wraz kolejną falą krwi. Czułem, że mam chwilę na działanie. Snajper był prawdopodobnie kilkadziesiąt metrów przed nami, na pewno zakamuflowany perfekcyjnie. Trzeba odwrócić uwagę tego gnoja.
-Co robić!?
Plamka lasera błądząca po drzewach wokół naszej piątki podpowiadała gdzie mniej więcej można się spodziewać wroga.
Kolejne sekundy mijające nieubłaganie sprawiły, że zrobiłem coś tak głupiego, że graniczyło to z debilizmem w czystej postaci, jednocześnie było to najmniej spodziewane zagranie. Wybiegłem z naszej kryjówki z największa szybkością, na jaką było mnie stać. Wszystko wokół było rozmazane od prędkości. Zapach podpowiedział gdzie znajdę satysfakcje z cudzej śmierci. Mój mózg nastawił się tylko na jedno, przetrwać i zabić. Omijałem drzewa starając się wybierać kierunek najmniej spodziewany.
Będąc 30 metrów od leżącego pod siatką maskującą snajpera w moim oku rozbłysło czerwone światło, jednak był to ulotny moment, zaraz po nim padł kolejny strzał. Poczułem piekący ból w okolicach karku. Wypadająca łuska i dźwięk przeładowania podpowiedziały, że to najlepsza okazja.
-No to mam cię!
Ciepło rozlewające się po plecach dodawało tylko zapału, przeciwnik przestraszony moją bliskością wstał przekonany, że uda mu się sprzątnąć mnie w ciągu chwili, a potem wróci do poprzedniej pozycji, w której trzyma w szachu trzech moich kompanów.
Nic bardziej mylnego, całym ciałem czułem, że jego śmierć to kwestia chwili, ułamki sekund mijały jak minuty, wyrzuciłem przed siebie jeden z naboi trzymanych w kieszeni. Z diabelskim uśmiechem pozwoliłem sobie na trochę zabawy, nie wiem skąd się to we mnie wzięło jednak pewność siebie podpowiedziała, że lepiej tak to zakończyć. Broń trzymana w prawej ręce namierzyła pocisk będący już tylko kilka metrów od mojej ofiary. Wystrzeliłem. Czaszka snajpera eksplodowała rażona naraz dwoma kawałkami metalu.
Stanąłem nad zwłokami, wracała do mnie moja zwykła świadomość. Zabiłem… Zmieniłem się na zawsze, tego nie można z siebie zmyć.
Głos w słuchawce kuł w ucho.
-Jesteście cali!? My mamy kilku rannych, ale żadnego trupa.
Nie odpowiedziałem nic, stałem kompletnie zszokowany, nawet nie zauważyłem Nobla, który ocierał się o moją nogę miaucząc, co chwile.
Po kilkudziesięciu sekundach do Zdziśka przypadł tata i kilku innych speców od ran postrzałowych. Po upewnieniu się, że życiu mojego dowódcy nic nie zagraża uspokoili się znacznie i zrobili prowizoryczny opatrunek. Nie czekając też zbyt długo oddelegowali czwartą grupę do opieki nad rannymi i odeskortowania ich do pałacu.
Nobel wciąż ocierał się o moją Nogę, jak dotąd nikt nie zauważył tego, co zrobiłem. Chyba nawet się cieszę, bo tata mógłby nazwać mnie bardzo nieodpowiedzialnym. Za moimi plecami pojawiło się trzech kompanów z mojej grupy.
-Chcieliśmy ci podziękować, uratowałeś nie tylko Zdzicha, ale także nasze tyłki. Jesteś w porządku.
Nie odpowiedziałem ani słowem, milczałem ściskając broń w prawej dłoni.
-Nie mamy pojęcia, jakim cudem jesteś taki szybki, ale nam to pasuje. Trzymaj się.
Po tych słowach odeszli, jeden poklepał mnie po ramieniu, inny poczochrał włosy.
To teraz jestem taki sam jak oni. Tylko młodszy o kilkaset lat.
-Dobrze, że nie urodziłem się w czasach, w których wojna dotyka wszystkich ludzi…

3 komentarze:

  1. Fajny kawałek. W Jarku budzi się instynkt, aż nie mogę się doczekać, gdy z Tego miłego chłopca wyjdzie bestia ządna krwi :] brakuje tylko na końcu jakiejś kropki nad "i" czegoś co by trzymało czytelnika w napięciu.Chociaż w sumie ciągłe trzymanie w napięciu może spowodować u kogoś nerwice albo inne zaburzenie na tle nerwowym. Pozdrawiam i czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czemu zabili tylko Snajpera jak wcześniej było powiedziane że stało ich więcej koło auta?

    OdpowiedzUsuń
  3. przecież grupy się rozdzieliły, snajpera spotkała grupa Jurka.

    OdpowiedzUsuń